Ze snu wyrwał mnie dźwięk dzwoniącego telefonu. Nie do końca
przytomny przeciągnąłem się i sięgnąłem po to cholerne urządzenie, które nigdy
nie pozwala mi się wyspać. Na wyświetlaczu pojawiło się zdjęcie mojego chłopaka
a pod nim nazwa kontaktu. Odebrałem i przyłożyłem telefon do ucha.
- Taaaak? – zapytałem, jednocześnie głośno ziewając.
- Harry? Ty jeszcze spałeś!? Przecież już 13! – odpowiedział lekko oniemiały z wrażenia.
- Nie… - skwitowałem nieco sarkastycznie. – Co się stało?
- Hehe – zaśmiał się ironicznie. – chciałem tylko potwierdzić, że razem z tatą dzisiaj do was przyjdziemy. Godzina osiemnasta, tak?
- To dobrze. – odparłem. – I tak, o osiemnastej u nas.
- Gotowy na dzisiejszą rozmowę? – spytał niepewnie, a jego głos nieco drżał.
- Ja tak! – odrzekłem. – Na pewno wszystko będzie dobrze. – Przybrałem taktykę pewności siebie. To co mówiłem nie do końca pokrywało się z tym co myślałem, jednak najważniejsze było to, aby Lou był przekonany, że to słuszna decyzja. Byłem gotów nawet kłamać.
- No to świetnie! Widzimy się wieczorem – powiedział zmieniając nagle ton. Wydawało mi się, że również próbuje udawać, ale wiedziałem, że boi się reakcji ojca. Tak naprawdę nigdy mi o nim za dużo nie mówił. Gdy tylko próbowałem dowiedzieć się jakichkolwiek informacji o nim i stosunkach między nimi, zaraz zmieniał temat. To było dość dziwne, zwłaszcza dlatego, że jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi no i jest moim chłopakiem… nie powinniśmy mieć przed sobą tajemnic. Dzisiejszy wieczór mógłby być dobrą okazją, aby dowiedzieć się czegoś na jego temat.
- Do zobaczenia. – zakończyłem nijako i rozłączyłem się. Po chwili gdy położyłem się z powrotem, żeby odpocząć trochę po spaniu, do mojego pokoju wbiegła mama.
- Harry! Dość tego wylegiwania się! Musisz mi pomóc w kuchni! – zakomunikowała stanowczo, stając nade mną.
- Dobrze… już idę. – odpowiedziałem niechętnie zwlekając się z łóżka.
- Mam nadzieję, że dobrze się czujesz. – nagle w jej tonie pojawił się zalążek matczynej opiekuńczości.
- Tak, tak. – dodałem, nieszczerze się uśmiechając.
Widok kuchni dosłownie mnie przeraził. Brudne blaty, porozrzucane naczynia, kipiące garnki. Nigdy nie widziałem tak ogromnego syfu. Mama należała do tych strasznych pedantów, co to zawsze wszystko poukładane muszą mieć i na swoim miejscu, ale teraz… po prostu jej nie poznawałem.
- Co tak stoisz! Zetrzyj blat i pokrój sałatę! – zawołała, gdy zauważyła, że stoję jak słup soli wpatrzony w jej pracę.
- Już, sorki… – odparłem otrząsając się po chwili. Wziąłem szmatę i zacząłem sprzątać. Dziwiłem się sam sobie, ponieważ nie znosiłem sprzątania, ale dzisiejszy wieczór musiał być idealny, w końcu będziemy gościć wyjątkowe osoby. Gdy już skończyłem przygodę z porządkami, zabrałem się za przygotowywanie sałatki, a później wielkanocnych jajek oraz upiekłem pysznego murzynka. Jakąś godzinę przed rozpoczęciem całej uroczystości zacząłem nakrywać do stołu oraz znosić wszystkie dzieła jakie udało mi się stworzyć w raz z mamą. Tradycyjnie przygotowaliśmy ogromnego wielkanocnego baranka, różne sałatki, chrupiące precelki, a także każdy otrzymał po jajeczku z rzeżuchą. Specjalnością mojej mamy były również skorupki jajek nadziewane farszem jajeczno pieczarkowym. Na końcu poszedłem jeszcze do swojego pokoju przebrać się i odpowiednio upiększyć. Gdy wszystko było już gotowe usiadłem na fotelu w salonie i dumny z własnej pracy, zacząłem oglądać Royal Maundy.
- Taaaak? – zapytałem, jednocześnie głośno ziewając.
- Harry? Ty jeszcze spałeś!? Przecież już 13! – odpowiedział lekko oniemiały z wrażenia.
- Nie… - skwitowałem nieco sarkastycznie. – Co się stało?
- Hehe – zaśmiał się ironicznie. – chciałem tylko potwierdzić, że razem z tatą dzisiaj do was przyjdziemy. Godzina osiemnasta, tak?
- To dobrze. – odparłem. – I tak, o osiemnastej u nas.
- Gotowy na dzisiejszą rozmowę? – spytał niepewnie, a jego głos nieco drżał.
- Ja tak! – odrzekłem. – Na pewno wszystko będzie dobrze. – Przybrałem taktykę pewności siebie. To co mówiłem nie do końca pokrywało się z tym co myślałem, jednak najważniejsze było to, aby Lou był przekonany, że to słuszna decyzja. Byłem gotów nawet kłamać.
- No to świetnie! Widzimy się wieczorem – powiedział zmieniając nagle ton. Wydawało mi się, że również próbuje udawać, ale wiedziałem, że boi się reakcji ojca. Tak naprawdę nigdy mi o nim za dużo nie mówił. Gdy tylko próbowałem dowiedzieć się jakichkolwiek informacji o nim i stosunkach między nimi, zaraz zmieniał temat. To było dość dziwne, zwłaszcza dlatego, że jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi no i jest moim chłopakiem… nie powinniśmy mieć przed sobą tajemnic. Dzisiejszy wieczór mógłby być dobrą okazją, aby dowiedzieć się czegoś na jego temat.
- Do zobaczenia. – zakończyłem nijako i rozłączyłem się. Po chwili gdy położyłem się z powrotem, żeby odpocząć trochę po spaniu, do mojego pokoju wbiegła mama.
- Harry! Dość tego wylegiwania się! Musisz mi pomóc w kuchni! – zakomunikowała stanowczo, stając nade mną.
- Dobrze… już idę. – odpowiedziałem niechętnie zwlekając się z łóżka.
- Mam nadzieję, że dobrze się czujesz. – nagle w jej tonie pojawił się zalążek matczynej opiekuńczości.
- Tak, tak. – dodałem, nieszczerze się uśmiechając.
Widok kuchni dosłownie mnie przeraził. Brudne blaty, porozrzucane naczynia, kipiące garnki. Nigdy nie widziałem tak ogromnego syfu. Mama należała do tych strasznych pedantów, co to zawsze wszystko poukładane muszą mieć i na swoim miejscu, ale teraz… po prostu jej nie poznawałem.
- Co tak stoisz! Zetrzyj blat i pokrój sałatę! – zawołała, gdy zauważyła, że stoję jak słup soli wpatrzony w jej pracę.
- Już, sorki… – odparłem otrząsając się po chwili. Wziąłem szmatę i zacząłem sprzątać. Dziwiłem się sam sobie, ponieważ nie znosiłem sprzątania, ale dzisiejszy wieczór musiał być idealny, w końcu będziemy gościć wyjątkowe osoby. Gdy już skończyłem przygodę z porządkami, zabrałem się za przygotowywanie sałatki, a później wielkanocnych jajek oraz upiekłem pysznego murzynka. Jakąś godzinę przed rozpoczęciem całej uroczystości zacząłem nakrywać do stołu oraz znosić wszystkie dzieła jakie udało mi się stworzyć w raz z mamą. Tradycyjnie przygotowaliśmy ogromnego wielkanocnego baranka, różne sałatki, chrupiące precelki, a także każdy otrzymał po jajeczku z rzeżuchą. Specjalnością mojej mamy były również skorupki jajek nadziewane farszem jajeczno pieczarkowym. Na końcu poszedłem jeszcze do swojego pokoju przebrać się i odpowiednio upiększyć. Gdy wszystko było już gotowe usiadłem na fotelu w salonie i dumny z własnej pracy, zacząłem oglądać Royal Maundy.
~Ding Dong~ nagle usłyszałem dźwięk nadchodzących gości. Podekscytowany zerwałem się z mebla i ruszyłem w kierunku drzwi, o mało co nie przewracając stojącej w korytarzu komody. Stanąłem przed wejściem i łapiąc za klamkę wziąłem głęboki oddech. W ten otworzyłem je, a moim oczom ukazał się nieprawdopodobny widok. Tata Louiego był strasznie wysoki, jestem pewien, że mógł mieć z dwa metry. Znałem Pana Tomlinsona, ale tak naprawdę nigdy nie przyglądałem mu się z takiego bliska. Poza ogromny wzrostem, był również bardzo dobrze zbudowany. Jego syn zapewne był bardziej podobny do matki, gdyż chociaż bardzo się starałem, nie mogłem dostrzec w nich żadnych podobieństw. Jedyną rzeczą, którą mieli dosłownie identyczną to błękitne, jak letnie niebo, oczy. To była jedna z wielu rzeczy, która strasznie pociągała mnie w Louim i ten właśnie element sprawiał, że nie miałem żadnych wątpliwości, iż to właśnie ten mężczyzna jest jego ojcem. Tuż za nim stał jak zawsze niezwykle olśniewający Tomlinson junior. Na sobie miał kremową koszulę, która idealnie zgrywała się z jego oczami oraz czarne jak smoła, obcisłe rurki. Cały ten komplet powodował, że mój mały Harry zaczął drastycznie zwiększać rozmiary.
- Witam i zapraszam do środa. – po dokładnym przyjrzeniu się gościom postanowiłem w końcu wpuścić ich do środka.
- Dobry wieczór. Jestem Patric i jestem również tatą Louisa. – przywitał się wyciągając dłoń w moim kierunku.
- Bardzo mi miło. Ja jestem Harry, przyjaciel pańskiego syna. – odwzajemniłem gest i skrycie puściłem oczko stojącemu za nim Louiemu.
- Zapraszam do środka, moja mama już czeka z kolacją. – dodałem jeszcze, zapraszając przybyszów do jadalni. Chłopiec wraz z ojcem pozbyli się odzienia wierzchniego i żwawym krokiem przeszli do wskazanego przeze mnie pomieszczenia. Przy stole siedziała już moja mama, która ujrzawszy gości wstała i podeszła się przywitać.
- Dobry wieczór, jestem Anne, mama Harrego. – wyciągając rękę zainicjowała tę samą sytuację, która dosłownie kilka sekund temu miała miejsce w hallu.
- Bardzo mi miło, nazywam się Patric Tomlinson i jestem ojcem Louisa. – mężczyzna również przedstawił się i szarmancko ucałował mamę w dłoń. Nie wiem czy zauważyli to inni, ale ja bez problemu dostrzegłem jak jej policzki zrobiły się całe czerwone. Mama bardzo lubiła gdy mężczyzna zachowywał się jak na prawdziwego gentelmana przystało i z szacunkiem traktował kobiety. Na pewno ojciec Lou przypadł jej do gustu.
- A więc usiądźmy. – zaproponowała, po czy wszyscy zajęli swoje miejsca. Razem z mamą usiedliśmy po jednej stronie, a naprzeciwko nas miejsca zajęli goście. Siedziałem dokładnie naprzeciwko mojego chłopaka tak, więc co jakiś czas wymienialiśmy porozumiewawcze spojrzenia. Myślę, że dania przez nas przygotowane bardzo smakowały mężczyznom, ponieważ prawie nic nie zostało na stole, wszystko zjedliśmy. Po posiłku zaczęły się rozmowy. Głównie to rozmawiali nasi rodzicie, poznając się coraz bardziej z każdym wymienionym zdaniem. Muszę przyznać, że wychodziło im to całkiem dobrze i mają podobne zainteresowania oraz światopoglądy. Ucieszyło mnie to, a sądząc po minie Louisa, również był zadowolony. Pozostawała jeszcze tylko jedna rzecz, która nie pozwalała mi czuć się zrelaksowanym, rzecz, która była najważniejszą sprawą jaką dzisiaj mieliśmy załatwić. Miałem ochotę jak najszybciej pozbyć się tego uczucia i obwieścić w końcu rodzicom co tak na prawdę dzieje się w życiu ich dzieci. Musiałem zrobić to ja, gdyż według Louisa miałem więcej odwagi… ile w tym było prawdy? Nie wiem… wiedziałem tylko, że tak trzeba. Cały czas jednak oczekiwałem na odpowiednią chwilę, których było całkiem sporo, lecz… coś mnie blokowało. Był to strach, niewątpliwie, ale…
- Co Harry? – zapytał wpatrzony we mnie Pan Patric.
- Yyy… przepraszam… może Pan powtórzyć? – zapytałem, otrząsając się z zamyślenia.
- Pytałem co planujesz po liceum? – powtórzył uśmiechając się serdecznie.
- Eeee… - zacząłem się jąkać, kompletnie nie wiedząc co odpowiedzieć. – zastanawiałem się nad studiami chemicznymi czy coś w tym kierunku.
- O bardzo ambitnie. – przyznał z podziwem ojciec Lou.
- A Ty Louis, jakie masz plany? – spytała moja mama, nie chcąc być gorsza.
- No ja…
- Przepraszam was… - przerwałem mu mając już serdecznie dość. – Muszę wam coś powiedzieć. – Spojrzałem porozumiewawczo na siedzącego naprzeciwko mnie chłopaka. W jego wzroku zauważyłem poparcie - dodało mi to tylko odwagi.
- To znaczy… chcielibyśmy wam coś powiedzieć. – przerwałem rozmowę. Wszyscy wpatrzeni we mnie oczekiwali, że w końcu wyduszę z siebie to co chcę powiedzieć. Czułem jak w moim gardle robi się jak na pustyni… masakrycznie sucho. Przełknąłem głośno ślinę i wydusiłem z siebie.
- Ja i Louis jesteśmy parą. – i w tym momencie nastała prawdziwa, grobowa cisza. Pan Patric z każdą kolejną sekundą otwierał coraz szerzej oczy. Mama nie zareagowała w żaden charakterystyczny sposób. Jej wyraz twarzy był tak nijaki, że nie dało się z niego nic odczytać. Lou nerwowo spoglądał to na mnie to na swojego ojca. Przez jakieś konkretne 3 minuty wszystkich ogarnęła, z każdą kolejną minutą, coraz bardziej irytująca cisza. Błagałem Boga, aby mnie tak nie męczył i żeby w końcu któreś z nich zareagowało.
- Dobry żart chłopcy. – zaśmiał się, przerywając nareszcie milczenie mężczyzna. Uznał to za żart… Poczułem jak zaczęło się we mnie gotować. Najchętniej wstałbym i uderzył go w twarz. Szarpały mną emocje.
- Tato, ale to prawda. – dodał, stanąwszy w mojej obronie Louis. Wypowiedziawszy te słowa z pełną powagą spojrzał ojcu w oczy.
- Nie! Nie! Nie! Czy to jakieś kpiny! – zareagował gwałtownie wstając od stołu. – Chłopcze! Przeginasz!
- Ale Panie Tomlinson, proszę nas zrozumieć… my jesteśmy naprawdę szczęśliwi razem. – zacząłem się tłumaczyć, próbując przekonać go do zrozumienia naszej sytuacji.
- Chyba wam się w dupach poprzewracało! – zbulwersowany zaczął wysyłać w naszym kierunku różne obelgi. To wydawało mi się ogromną przesadą. Przeniosłem wzrok na siedzącą bez ruchu mamę. Była w podobnym szoku co ja. Spojrzałem na nią błagalnym wzrokiem, aby cokolwiek zrobiła.
- Harry, weź Louisa na górę. Idźcie do pokoju. – powiedziała spokojnie zwracając się do mnie. Nie wiedziałem co planowała, ale byłem pewny, że weźmie sprawy w swoje ręce. Złapałem zrozpaczonego Louiego za rękę i bez słowa wyszliśmy z jadalni.
- I co my teraz zrobimy!? – panikującym tonem zapytał chłopak. Jego oczy robiły się szklane i cały się trząsł.
- Nie martw się Loui… jestem pewien, że mama załagodzi sprawę. – siadając na łóżku mocno go przytuliłem i pocałowałem w czoło, pokazując, że jestem przy nim i mocno go wspieram. Jego łzy spływały po obu policzkach jednocześnie przemaczając moją koszulę do suchej nitki.
- Wszystko będzie dobrze, zobaczysz. – dodałem unosząc dłonią jego podbródek i całując w usta. Nic nie opowiedział. Podciągnął tylko nosem i wtulił się w moją klatkę piersiową. Po chwili siedzenia położyliśmy się i niewiadomo kiedy zasnęliśmy.
Przebudziłem się, usłyszawszy głośny śmiech. Było to nie tyle dziwne co… zaskakujące, zwłaszcza z powodu sytuacji, która miała miejsce niedawno. Zerknąłem na wiszący na ścianie zegarek, spaliśmy jakieś 20 minut. Postanowiłem, że wystarczy już tego siedzenia i czas zmierzyć się z okrutną prawdą, a więc rozmową z naszymi rodzicami. Szturchnąłem delikatnie Louiego, a w odpowiedzi uzyskałem dziwny pomruk.
- Lou, obudź się. – szepnąłem całując go w czoło. Chłopak przebudził się i po dłuższej chwili ociągania się, usiadł na łóżku.
- Powinniśmy zejść na dół. – stwierdziłem. On siedział przez chwilę ze spuszczoną głową, a na jego twarzy malowała się niepewność, jednak w końcu zerknął na mnie i skinął twierdząco głową. Schodziliśmy po schodach niepewnie, próbując wybadać sytuację. Ku mojemu zdziwieniu słychać było normalną, swobodną wymianę zdań, a nie poważną rozmowę. Nagle stanęliśmy w drzwiach jadalni. Śmiali się oni i popijali wino. Wyglądali jakby znali się od dawana i taka też była wyczuwalna atmosfera – przyjacielska. Gdy nas ujrzeli ich głosy przycichły, a miny dorosłych zrobiły się poważne. Patrzyliśmy tak przez chwilę na siebie.
- Chłopcy, usiądźcie. – zasugerowała mama. Wykonaliśmy to, o co prosił. Mina ojca Louisa nie była już tak sroga jak na początku. Teraz rysowało się na niej zrozumienie.
- Więc… rozmawialiśmy trochę z Panią Cox… - zaczął Patric.
- Ehem… - zachrząkała przerywając. – mówiłam żebyś mówił do mnie po imieniu.
- Tak, przepraszam – uśmiechnął się kontynuując. – A więc, rozmawialiśmy trochę z Anne i doszliśmy do wniosku, że najbardziej liczy się dla nas wasze szczęście, a nie to jakiej orientacji jesteście. – usłyszawszy to myślałem, że zaraz rzucę się na szyję temu człowiekowi. Jeszcze pół godziny temu miałem ochotę go zabić, a teraz… to co czułem było nie do opisania. Podobne uczucia towarzyszyły również i mojemu chłopakowi, któremu oczy zrobiły się wilgotne, bynajmniej nie ze smutku.
- Jesteście naszymi dziećmi i bez względu na to kim będziecie i z kim będziecie nadal będziemy was mocno kochać i nieustająco wspierać. – dodała mama prawie się rozpłatując. Te słowa z jej ust bardzo wiele dla mnie znaczyły. Cieszyłem się, że w końcu nie musimy ukrywać się przed jednymi z najważniejszych dla nas osób.
- Poza tym, Harry, masz szczęście, że masz tak świetną mamę. – przyznał tata Louisa uśmiechając się w jej stronę. Gdy byliśmy do góry coś wyjątkowego musiało się tutaj wydarzyć. Między nimi wyczuwalna była chemia.
- Oj Patric… - zaśmiała się i u wszystkich teraz można było zobaczyć ogromne uśmiechy na twarzach… chyba pierwszy raz od bardzo dawna…
Naszą rodzinną sielankę przerwał mój telefon. Przepraszając odszedłem od stołu i odebrał go.
- Harry? – w słuchawce usłyszałem głos Liama.
- Tak? Coś się stało? – zapytałem zaniepokojony.
- Nie… chcę tylko zapytać czy dasz radę wystąpić w jutrzejszym konkursie. – odpowiedział uspakajając mnie.
- Oczywiście! Jutro od rana próba i dajemy czadu!
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------Druga część wielkanocnego wyznania. Mam nadzieję, że nie zawiodłem waszych oczekiwań i jesteście zadowoleni. Reakcja taty Louisa na początku była dość gwałtowna, ale na szczęście mama Harrego wzięła to w swoje ręce. Wszystko jest już w porządku i wreszcie chłopcy nie muszą ukrywać się przed najbliższymi. Muszę wam przyznać, że już na samy początku powstawania tego bloga miałem wykreowaną tę sytuację i ten rozdział i dlatego tak bardzo cieszę się, że mogłem w końcu przelać do na post. Wiele on dla mnie znaczy ^^ W kolejnym rozdziale... na pewno pojawi się coś specjalne, czego już dawno nie było :3 po drugie, w zależności ile uda mi się napisać na pewno przygotowanie do konkursu i coś jeszcze tam umieszczę. Teraz będę miał sporo wolnego czasu, więc rozdział powinien się szybko pojawić, nie mówię kiedy dokładnie, ale coś koło weekendu lub w przyszłym tygodniu. Dziękuję wszystkim, którzy na bieżąco komentują moje rozdział i wyrażają swoją opinię. Musicie widzieć, że robię to głównie dla was i mam szczerą nadzieję, że was nie zawodzę. Róbcie to dalej, a moje rozdziały będą coraz to lepsze ;*
Pozdrawiam,
Bay ;*

