niedziela, 27 kwietnia 2014

Rozdział 17: Wielkanocne wyznanie cz.2


Ze snu wyrwał mnie dźwięk dzwoniącego telefonu. Nie do końca przytomny przeciągnąłem się i sięgnąłem po to cholerne urządzenie, które nigdy nie pozwala mi się wyspać. Na wyświetlaczu pojawiło się zdjęcie mojego chłopaka a pod nim nazwa kontaktu. Odebrałem i przyłożyłem telefon do ucha.
- Taaaak? – zapytałem, jednocześnie głośno ziewając.
- Harry? Ty jeszcze spałeś!? Przecież już 13! – odpowiedział lekko oniemiały z wrażenia.
- Nie… - skwitowałem nieco sarkastycznie. – Co się stało?
- Hehe – zaśmiał się ironicznie. – chciałem tylko potwierdzić, że razem z tatą dzisiaj do was przyjdziemy. Godzina osiemnasta, tak?
- To dobrze. – odparłem. – I tak, o osiemnastej u nas.
- Gotowy na dzisiejszą rozmowę? – spytał niepewnie, a jego głos nieco drżał.
- Ja tak! – odrzekłem. – Na pewno wszystko będzie dobrze. – Przybrałem taktykę pewności siebie. To co mówiłem nie do końca pokrywało się z tym co myślałem, jednak najważniejsze było to, aby Lou był przekonany, że to słuszna decyzja. Byłem gotów nawet kłamać.
- No to świetnie! Widzimy się wieczorem – powiedział zmieniając nagle ton. Wydawało mi się, że również próbuje udawać, ale wiedziałem, że boi się reakcji ojca. Tak naprawdę nigdy mi o nim za dużo nie mówił. Gdy tylko próbowałem dowiedzieć się jakichkolwiek informacji o nim i stosunkach między nimi, zaraz zmieniał temat. To było dość dziwne, zwłaszcza dlatego, że jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi no i jest moim chłopakiem… nie powinniśmy mieć przed sobą tajemnic. Dzisiejszy wieczór mógłby być dobrą okazją, aby dowiedzieć się czegoś na jego temat.
- Do zobaczenia. – zakończyłem nijako  i rozłączyłem się. Po chwili gdy położyłem się z powrotem, żeby odpocząć trochę po spaniu, do mojego pokoju wbiegła mama.
- Harry! Dość tego wylegiwania się! Musisz mi pomóc w kuchni! – zakomunikowała stanowczo, stając nade mną.
- Dobrze… już idę. – odpowiedziałem niechętnie zwlekając się z łóżka.
- Mam nadzieję, że dobrze się czujesz. – nagle w jej tonie pojawił się zalążek matczynej opiekuńczości.
- Tak, tak. – dodałem, nieszczerze się uśmiechając.
Widok kuchni dosłownie mnie przeraził. Brudne blaty, porozrzucane naczynia, kipiące garnki. Nigdy nie widziałem tak ogromnego syfu. Mama należała do tych strasznych pedantów, co to zawsze wszystko poukładane muszą mieć i na swoim miejscu, ale teraz… po prostu jej nie poznawałem.
- Co tak stoisz! Zetrzyj blat i pokrój sałatę! – zawołała, gdy zauważyła, że stoję jak słup soli wpatrzony w jej pracę.
- Już, sorki… – odparłem otrząsając się po chwili. Wziąłem szmatę i zacząłem sprzątać. Dziwiłem się sam sobie, ponieważ nie znosiłem sprzątania, ale dzisiejszy wieczór musiał być idealny, w końcu będziemy gościć wyjątkowe osoby. Gdy już skończyłem przygodę z porządkami, zabrałem się za przygotowywanie sałatki, a później wielkanocnych jajek oraz upiekłem pysznego murzynka. Jakąś godzinę przed rozpoczęciem całej uroczystości zacząłem nakrywać do stołu oraz znosić wszystkie dzieła jakie udało mi się stworzyć w raz z mamą. Tradycyjnie przygotowaliśmy ogromnego wielkanocnego baranka, różne sałatki, chrupiące precelki, a także każdy otrzymał po jajeczku z rzeżuchą. Specjalnością mojej mamy były również skorupki jajek nadziewane farszem jajeczno pieczarkowym. Na końcu poszedłem jeszcze do swojego pokoju przebrać się i odpowiednio upiększyć. Gdy wszystko było już gotowe usiadłem na fotelu w salonie i dumny z własnej pracy, zacząłem oglądać Royal Maundy



~Ding Dong~ nagle usłyszałem dźwięk nadchodzących gości. Podekscytowany zerwałem się z mebla i ruszyłem w kierunku drzwi, o mało co nie przewracając stojącej w korytarzu komody. Stanąłem przed wejściem i łapiąc za klamkę wziąłem głęboki oddech. W ten otworzyłem je, a moim oczom ukazał się nieprawdopodobny widok. Tata Louiego był strasznie wysoki, jestem pewien, że mógł mieć z dwa metry. Znałem Pana Tomlinsona, ale tak naprawdę nigdy nie przyglądałem mu się z takiego bliska. Poza ogromny wzrostem, był również bardzo dobrze zbudowany. Jego syn zapewne był bardziej podobny do matki, gdyż chociaż bardzo się starałem, nie mogłem dostrzec w nich żadnych podobieństw. Jedyną rzeczą, którą mieli dosłownie identyczną to błękitne, jak letnie niebo, oczy. To była jedna z wielu rzeczy, która strasznie pociągała mnie w Louim i ten właśnie element sprawiał, że nie miałem żadnych wątpliwości, iż to właśnie ten mężczyzna jest jego ojcem. Tuż za nim stał jak zawsze niezwykle olśniewający Tomlinson junior. Na sobie miał kremową koszulę, która idealnie zgrywała się z jego oczami oraz czarne jak smoła, obcisłe rurki. Cały ten komplet powodował, że mój mały Harry zaczął drastycznie zwiększać rozmiary.
- Witam i zapraszam do środa. – po dokładnym przyjrzeniu się gościom postanowiłem w końcu wpuścić ich do środka.
- Dobry wieczór. Jestem Patric i  jestem również tatą Louisa. – przywitał się wyciągając dłoń w moim kierunku.
- Bardzo mi miło. Ja jestem Harry, przyjaciel pańskiego syna. – odwzajemniłem gest i skrycie puściłem oczko stojącemu za nim Louiemu.
- Zapraszam do środka, moja mama już czeka z kolacją. – dodałem jeszcze, zapraszając przybyszów do jadalni. Chłopiec wraz z ojcem pozbyli się odzienia wierzchniego i żwawym krokiem przeszli do wskazanego przeze mnie pomieszczenia. Przy stole siedziała już moja mama, która ujrzawszy gości wstała i podeszła się przywitać.
- Dobry wieczór, jestem Anne, mama Harrego. – wyciągając rękę zainicjowała tę samą sytuację, która dosłownie kilka sekund temu miała miejsce w hallu.
- Bardzo mi miło, nazywam się Patric Tomlinson i jestem ojcem Louisa. – mężczyzna również przedstawił się i szarmancko ucałował mamę w dłoń. Nie wiem czy zauważyli to inni, ale ja bez problemu dostrzegłem jak jej policzki zrobiły się całe czerwone. Mama bardzo lubiła gdy mężczyzna zachowywał się jak na prawdziwego gentelmana przystało i z szacunkiem traktował kobiety. Na pewno ojciec Lou przypadł jej do gustu.
- A więc usiądźmy. – zaproponowała, po czy wszyscy zajęli swoje miejsca. Razem z mamą usiedliśmy po jednej stronie, a naprzeciwko nas miejsca zajęli goście. Siedziałem dokładnie naprzeciwko mojego chłopaka tak, więc co jakiś czas wymienialiśmy porozumiewawcze spojrzenia. Myślę, że dania przez nas przygotowane bardzo smakowały mężczyznom, ponieważ prawie nic nie zostało na stole, wszystko zjedliśmy. Po posiłku zaczęły się rozmowy. Głównie to rozmawiali nasi rodzicie, poznając się coraz bardziej z każdym wymienionym zdaniem. Muszę przyznać, że wychodziło im to całkiem dobrze i mają podobne zainteresowania oraz światopoglądy. Ucieszyło mnie to, a sądząc po minie Louisa, również był zadowolony. Pozostawała jeszcze tylko jedna rzecz, która nie pozwalała mi czuć się zrelaksowanym, rzecz, która była najważniejszą sprawą jaką dzisiaj mieliśmy załatwić. Miałem ochotę jak najszybciej pozbyć się tego uczucia i obwieścić w końcu rodzicom co tak na prawdę dzieje się w życiu ich dzieci. Musiałem zrobić to ja, gdyż według Louisa miałem więcej odwagi… ile w tym było prawdy? Nie wiem… wiedziałem tylko, że tak trzeba. Cały czas jednak oczekiwałem na odpowiednią chwilę, których było całkiem sporo, lecz… coś mnie blokowało. Był to strach, niewątpliwie, ale…
- Co Harry? – zapytał wpatrzony we mnie Pan Patric.
- Yyy… przepraszam… może Pan powtórzyć? – zapytałem, otrząsając się z zamyślenia.
- Pytałem co planujesz po liceum? – powtórzył uśmiechając się serdecznie.
- Eeee… - zacząłem się jąkać, kompletnie nie wiedząc co odpowiedzieć. – zastanawiałem się nad studiami chemicznymi czy coś w tym kierunku.
- O bardzo ambitnie. – przyznał z podziwem ojciec Lou.
- A Ty Louis, jakie masz plany? – spytała moja mama, nie chcąc być gorsza.
- No ja…
- Przepraszam was… - przerwałem mu mając już serdecznie dość. – Muszę wam coś powiedzieć. – Spojrzałem porozumiewawczo na siedzącego naprzeciwko mnie chłopaka. W jego wzroku zauważyłem poparcie - dodało mi to tylko odwagi.
- To znaczy… chcielibyśmy wam coś powiedzieć. – przerwałem rozmowę. Wszyscy wpatrzeni we mnie oczekiwali, że w końcu wyduszę z siebie to co chcę powiedzieć.  Czułem jak w moim gardle robi się jak na pustyni… masakrycznie sucho. Przełknąłem głośno ślinę i wydusiłem z siebie.
- Ja i Louis jesteśmy parą. – i w tym momencie nastała prawdziwa, grobowa cisza. Pan Patric z każdą kolejną sekundą otwierał coraz szerzej oczy. Mama nie zareagowała w żaden charakterystyczny sposób. Jej wyraz twarzy był tak nijaki, że nie dało się z niego nic odczytać. Lou nerwowo spoglądał to na mnie to na swojego ojca. Przez jakieś konkretne 3 minuty wszystkich ogarnęła, z każdą kolejną minutą, coraz bardziej irytująca cisza. Błagałem Boga, aby mnie tak nie męczył i żeby w końcu któreś z nich zareagowało.
- Dobry żart chłopcy. – zaśmiał się, przerywając nareszcie milczenie mężczyzna. Uznał to za żart… Poczułem jak zaczęło się we mnie gotować. Najchętniej wstałbym i uderzył go w twarz. Szarpały mną emocje.
- Tato, ale to prawda. – dodał, stanąwszy w mojej obronie Louis. Wypowiedziawszy te słowa z pełną powagą spojrzał ojcu w oczy.
- Nie! Nie! Nie! Czy to jakieś kpiny! – zareagował gwałtownie wstając od stołu. – Chłopcze! Przeginasz!
- Ale Panie Tomlinson, proszę nas zrozumieć… my jesteśmy naprawdę szczęśliwi razem. – zacząłem się tłumaczyć, próbując przekonać go do zrozumienia naszej sytuacji.
- Chyba wam się w dupach poprzewracało! – zbulwersowany zaczął wysyłać w naszym kierunku różne obelgi. To wydawało mi się ogromną przesadą. Przeniosłem wzrok na siedzącą bez ruchu mamę. Była w podobnym szoku co ja. Spojrzałem na nią błagalnym wzrokiem, aby cokolwiek zrobiła.
- Harry, weź Louisa na górę. Idźcie do pokoju. – powiedziała spokojnie zwracając się do mnie. Nie wiedziałem co planowała, ale byłem pewny, że weźmie sprawy w swoje ręce. Złapałem zrozpaczonego Louiego za rękę i bez słowa wyszliśmy z jadalni.
- I co my teraz zrobimy!? – panikującym tonem zapytał chłopak. Jego oczy robiły się szklane i cały się trząsł.
- Nie martw się Loui… jestem pewien, że mama załagodzi sprawę. – siadając na łóżku mocno go przytuliłem i pocałowałem w czoło, pokazując, że jestem przy nim i mocno go wspieram. Jego łzy spływały po obu policzkach jednocześnie przemaczając moją koszulę do suchej nitki.
- Wszystko będzie dobrze, zobaczysz. – dodałem unosząc dłonią jego podbródek i całując w usta. Nic nie opowiedział. Podciągnął tylko nosem i wtulił się w moją klatkę piersiową. Po chwili siedzenia położyliśmy się i niewiadomo kiedy zasnęliśmy. 



Przebudziłem się, usłyszawszy głośny śmiech. Było to nie tyle dziwne co… zaskakujące, zwłaszcza z powodu sytuacji, która miała miejsce niedawno. Zerknąłem na wiszący na ścianie zegarek, spaliśmy jakieś 20 minut. Postanowiłem, że wystarczy już tego siedzenia i czas zmierzyć się z okrutną prawdą, a więc rozmową z naszymi rodzicami. Szturchnąłem delikatnie Louiego, a w odpowiedzi uzyskałem dziwny pomruk.
- Lou, obudź się. – szepnąłem całując go w czoło. Chłopak przebudził się i po dłuższej chwili ociągania się, usiadł na łóżku.
- Powinniśmy zejść na dół. – stwierdziłem. On siedział przez chwilę ze spuszczoną głową, a na jego twarzy malowała się niepewność, jednak w końcu zerknął na mnie i skinął twierdząco głową. Schodziliśmy po schodach niepewnie, próbując wybadać sytuację. Ku mojemu zdziwieniu słychać było normalną, swobodną wymianę zdań, a nie poważną rozmowę. Nagle stanęliśmy w drzwiach jadalni. Śmiali się oni i popijali wino. Wyglądali jakby znali się od dawana i taka też była wyczuwalna atmosfera – przyjacielska. Gdy nas ujrzeli ich głosy przycichły, a miny dorosłych zrobiły się poważne. Patrzyliśmy tak przez chwilę na siebie.
- Chłopcy, usiądźcie. – zasugerowała mama. Wykonaliśmy to, o co prosił. Mina ojca Louisa nie była już tak sroga jak na początku. Teraz rysowało się na niej zrozumienie.
- Więc… rozmawialiśmy trochę z Panią Cox… - zaczął Patric.
- Ehem… - zachrząkała przerywając. – mówiłam żebyś mówił do mnie po imieniu.
- Tak, przepraszam – uśmiechnął się kontynuując. – A więc, rozmawialiśmy trochę z Anne i doszliśmy do wniosku, że najbardziej liczy się dla nas wasze szczęście, a nie to jakiej orientacji jesteście. – usłyszawszy to myślałem, że zaraz rzucę się na szyję temu człowiekowi. Jeszcze pół godziny temu miałem ochotę go zabić, a teraz… to co czułem było nie do opisania. Podobne uczucia towarzyszyły również i mojemu chłopakowi, któremu oczy zrobiły się wilgotne, bynajmniej nie ze smutku.
- Jesteście naszymi dziećmi i bez względu na to kim będziecie i z kim będziecie nadal będziemy was mocno kochać i nieustająco wspierać. – dodała mama prawie się rozpłatując. Te słowa z jej ust bardzo wiele dla mnie znaczyły. Cieszyłem się, że w końcu nie musimy ukrywać się przed jednymi z najważniejszych dla nas osób.
- Poza tym, Harry, masz szczęście, że masz tak świetną mamę. – przyznał tata Louisa uśmiechając się w jej stronę. Gdy byliśmy do góry coś wyjątkowego musiało się tutaj wydarzyć. Między nimi wyczuwalna była chemia.
- Oj Patric… - zaśmiała się i u wszystkich teraz można było zobaczyć ogromne uśmiechy na twarzach… chyba pierwszy raz od bardzo dawna…
Naszą rodzinną sielankę przerwał mój telefon. Przepraszając odszedłem od stołu i odebrał go.
- Harry? – w słuchawce usłyszałem głos Liama.
- Tak? Coś się stało? – zapytałem zaniepokojony.
- Nie… chcę tylko zapytać czy dasz radę wystąpić w jutrzejszym konkursie. – odpowiedział uspakajając mnie.
- Oczywiście! Jutro od rana próba i dajemy czadu! 



-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------Druga część wielkanocnego wyznania. Mam nadzieję, że nie zawiodłem waszych oczekiwań i jesteście zadowoleni. Reakcja taty Louisa na początku była dość gwałtowna, ale na szczęście mama Harrego wzięła to w swoje ręce. Wszystko jest już w porządku i wreszcie chłopcy nie muszą ukrywać się przed najbliższymi. Muszę wam przyznać, że już na samy początku powstawania tego bloga miałem wykreowaną tę sytuację i ten rozdział i dlatego tak bardzo cieszę się, że mogłem w końcu przelać do na post. Wiele on dla mnie znaczy ^^ W kolejnym rozdziale... na pewno pojawi się coś specjalne, czego już dawno nie było :3 po drugie, w zależności ile uda mi się napisać na pewno przygotowanie do konkursu i coś jeszcze tam umieszczę. Teraz będę miał sporo wolnego czasu, więc rozdział powinien się szybko pojawić, nie mówię kiedy dokładnie, ale coś koło weekendu lub w przyszłym tygodniu. Dziękuję wszystkim, którzy na bieżąco komentują moje rozdział i wyrażają swoją opinię. Musicie widzieć, że robię to głównie dla was i mam szczerą nadzieję, że was nie zawodzę. Róbcie to dalej, a moje rozdziały będą coraz to lepsze ;*
Pozdrawiam,

Bay ;*

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Rozdział 16: Wielkanocne wyznanie cz.1


Obudziłem się z ogromnym bólem głowy, kompletnie zdezorientowany w jakim miejscu, tak właściwie się znajduję. Leżałem na białym łóżku przykryty ogromną kołdrą, która ogrzewała moje nieco zmarznięte ciało. Rozejrzałem się po pomieszczeniu, w którym się znajdowałem. Zaraz obok łóżka stała wielka aparatura. Wychodziło z niej mnóstwo różnych kabelków, których końce poprzypinane były do mojego ciała. W pomieszczeniu panowała dość chłodna atmosfera, co sprawiała podłoga oraz ściana wyłożone białymi płytkami. Jedynym kolorowym i przyjemnym miejscem, była znajdująca się naprzeciwko mnie, nieduża tablica korkowa, na której poprzypinane były przeróżne rysunki. Nad nimi wisiał równie barwny napis: Prace naszych dzielnych pacjentów. W tej chwili uświadomiłem sobie, że muszę znajdować się w szpitalu. Jedyną rzeczą, która nie dawała mi spokoju było pytanie: Skąd tak właściwie się tutaj wziąłem? Nie przypominałem sobie kompletnie nic co wydarzyło się po ostatniej lekcji sztuki. Totalna amnezja. Jednak najbardziej przerażająca stała się dla mnie myśl, że skoro jestem w szpitalu to nie będę mógł wziąć udział w piątkowym konkursie. To było najbardziej przerażające. Tyle starań, poświęceń i nagle wszystko legło w gruzach. W pewnym momencie zabolało mnie coś z tyłu głowy i odruchowo skierowałem w to miejsce swoją dłoń. Pod swoimi palcami poczułem delikatną fakturę bandaża, który owinięty był wokół mojej głowy. Nagle do sali wpadła moja mama, co strasznie mnie ucieszyło.
- Jejku, synku, Ty się obudziłeś! – zakomunikowała radośnie, podbiegając do mojego łóżka. Tak przyjemnie patrzyło się na jej radosną twarz. Muszę przyznać, że przez te wszystkie problemy, których niewątpliwie od jakiegoś czasu było dość sporo, zapomniałem jak wygląda gdy uśmiecha. Byłem na tyle zmęczony, że nie dałem rady nic odpowiedzieć, po prostu przytaknąłem głową.
-  Od jakichś 3 godzin jestem tu z Tobą i proszę Boga o to, abyś się obudził i nic, a jak tylko wyszłam do ubikacji to od razu się przebudzasz. – dodała radośnie, prawie płacząc ze szczęścia. Już sobie wyobrażam jak musiała zareagować gdy dowiedziała się o tym, że jestem w szpitalu. Mogło na to wskazywać również to, że już od paru dobrych godzin czuwała nade mną.
- Tylko powiedz mi jedną rzecz, co się stało!? – zapytała, czule głaszcząc mnie po głowie z troskliwym wzrokiem rządnych wyjaśnień.
- Ja… ja, nie wiem. – ochrypniętym głosem wyjąkałem. Na jej twarzy pojawił się smutek. Przeniosła swój wzrok w stronę okna, wpatrując się w panoramę miasta. Po chwili wzięła głęboki oddech i z trudem wypuściła powietrze.
- Nikt nie wie co się stało, wiem tylko, że ten Twój przyjaciel – Louis – znalazł Cię całego we krwi, w łazience. – powiedziała nieco niezadowolona z powodu braku informacji. Gdy usłyszałem imię mojego chłopaka automatycznie przypomniałem sobie całą historię. Przecież szedłem się z nim spotkać, a potem w łazience natrafiłem na Rose i jej chłopak mi to zrobił. Poczułem ogarniającą mnie złość. To wszystko jej wina! Nie mogłem tak tego zostawić i odczuwałem ogromną chęć zemsty.
- Coś się stało Harry? – zapytała zmartwiona, widząc mój wyraz twarzy. Ta jej spostrzegawczość czasami mnie irytowała. Nic nie dało się przed nią ukryć.
- Nie, nic mi nie jest, – odpowiedziałem, nie chcąc jej martwić. –  a więc Lou mnie znalazł?
- Tak! Jestem mu za to ogromnie wdzięczna, gdyby nie on to… mówił, że Cię szukał. – odrzekła. W tym momencie cała złość zniknęła, a ogarnęło mnie radość. Byłem ogromnym szczęściarzem, że miałem takiego kochanego chłopaka. Jestem mu ogromnie wdzięczny. Na pewno zapunktował tym również u mojej mamy. Sprawiało to, że coraz śmielej zacząłem zastanawiać się nad wizją wyjawienia mamie prawdy o mnie i Lou.
- W każdym razie razem z resztą chłopaków siedzi na zewnątrz, jak będziesz chciał to mogę ich zawołać. – dodała, a mój stan automatycznie się poprawił. Wszyscy tu przyjechali! Dopiero teraz uświadomiłem sobie, że mam najlepszych przyjaciół na świecie. To było strasznie miłe z ich strony.
- Jasne! Niech wejdą. – odrzekłem, a moja mama z uśmiechem na twarzy wyszła z sali. Już nie mogłem doczekać się, żeby znów ujrzeć mojego Louiego, no i resztę oczywiście. Nagle z impetem, jak stado krów, do środka wpadło pięciu chłopaków, którzy gwałtownie rzucili się na moje łóżko.
- Harry nic Ci nie jest! – krzyknął uradowany Niall. Wszyscy przytulili się do mnie mocno, jakby nie widzieli mnie co najmniej od miesiąca.
- Haha, tak, ale jak mnie zaraz udusicie to może się to zmienić. – odpowiedziałem ledwo mogąc złapać oddech. Chłopcy zeszli ze mnie i usiedli na stojących obok łóżka krzesłach.
- Kto Ci to zrobił!? Mów! Zaraz go odnajdziemy i pokażemy co to z nami zadzierać! – heroicznie wypowiedział Zayn, gotów do walki w mojej obronie. Było to strasznie miłe, ale nie mogłem im tego powiedzieć w tym momencie, nie w obecności mamy.
- Nie mam pojęcia, nic nie pamięta. – skłamałem, wpatrując się w kołdrę, unikając ich wzroku.
- Nie mogę zapomnieć widoku, gdy zobaczyłem Cię w kałuży krwi, w ubikacji. Tak się przestraszyłem. – Odparł Louis prawie się rozpłakując. Tak bardzo chciałem go przytulić, ale… nie mogłem… Musiało się to zmienić! Nie powinienem dłużej oszukiwać mamy. Jest najbliższą mi osobą i powinienem być wobec niej szczery.
- Pewnie wyglądało to strasznie. – odpowiedziałem, niby żartem uśmiechając się do tego, chcąc rozluźnić jakoś atmosferę.
- A jak się teraz czujesz? – zapytał troskliwie Liam, zerkając na mnie czułym wzrokiem.
- Już lepiej. Jest całkiem dobrze. - odpowiedziałem, a zaraz potem usłyszeliśmy dźwięk pukania do drzwi. Po chwili do sali wszedł wysoki, ciemny mężczyzna ubrany w biały kitel. Miał dwudniowy zarost, a na nosie okulary. Mógł być po trzydziestce. Z uwagą wpatrywał się w trzymaną w ręku teczkę.
- Pan Styles, tak? – spytał.
- Tak to ja. – odpowiedziałem przyglądając mu się uważnie.
- I jak się czujemy? – pytał dalej.
- Całkiem dobrze. Nic mnie nie boli. – odparłem grzecznie. Mężczyzna uśmiechnął się po czym odpowiedział.
- Tak, dostałeś parę zastrzyków znieczulających, więc na razie nic Cię nie boli. – podszedł do znajdującej się obok aparatury i spisał z niej jakieś informacje.
- Musieliśmy zaszyć mu ranę z tyłu głowy – tym razem zwrócił się w kierunku mojej mamy. – poza tym uzupełniliśmy braki krwi spowodowane wykrwawieniem. Już jutro święta, więc staramy się w miarę możliwości wypisywać pacjentów. Stan zdrowia Pani syna jest na tyle dobry, że dziś wieczorem mógłby wyjść ze szpitala. Jeżeli będzie się czół dobrze to możecie dzisiaj wrócić do domu. – zakomunikowała, a w mojej głowie pojawiła się nadzieja na to, że uda nam się wziąć udział w piątkowym konkursie i nie będziemy musieli z tego rezygnować. Cieszyło mnie również, że będę mógł spędzić święta w domu, a nie w szpitalu.
- No to bardzo dobrze. – odrzekła radośnie mama wysyłając w moją stronę promienisty uśmiech. Gdy lekarz spisał wszystkie potrzebne mu dane wyszedł z pomieszczenia zamykając za sobą drzwi.
- No to świetnie! Możemy już dzisiaj wrócić. – wykrzyknąłem szczęśliwy.
- Tak, dla mnie też to ogromna ulga – przyznała. – zostało mi jeszcze parę rzeczy do zrobienia. W każdym razie może zaprosiłbyś chłopców do nas na wielkanocną kolację, co?
- Właśnie! Może wpadniecie? – zapytałem, kierując wzrok na chłopaków. Ten pomysł strasznie mi się spodobał. Mógłbym się im jakoś odwdzięczyć za tę troskę jaką mnie obdarzają.
- Przepraszam, ale razem z moimi rodzicami idziemy do Nialla – odrzekł smutno Zayn.
- Ja niestety jutro wyjeżdżam do babci. – dodał równie niepocieszony Liam. Patrzyłem na nich nieco zdziwiony gdyż wiedziałem, że chłopcy na święta zostają w swoich domach i nie mają żadnych planów. Musieli mieć w tym jednak jakiś cel.
- Myślę, że ja mogę. – odpowiedział nieśmiale Lou. W tym momencie pozostała trójka zerknęła na mnie, a ich miny mówił: Nie musisz nam dziękować. Teraz już znałem ich zamiary, chcieli, aby mógł zostać sam z Louim. Nie pamiętam czy już o tym wspominałem, ale mam chyba najlepszych kumpli na świecie!
- Szkoda chłopcy, życzę wam, więc udanych świąt, a no i serdecznie zapraszam Ciebie Louis, będzie mi bardzo miło gdy nas odwiedzisz. – odparła z trochę zbyt przesadzoną uprzejmością.
- Mamo? A może Lou przyszedłby ze swoim tatą? – Wiedziałem, że chłopak ma tylko jego i na pewno będzie chciał z nim również spędzić święta. Mogła być to również okazja dla mojej mamy, aby poznać jakiegoś nowego, samotnego mężczyznę.
- Jasne! Bardzo chętnie poznam również i jego. -  skwitowała, a jej ton przepełniony był euforią. Spojrzałem w kierunku mojego chłopaka z niecierpliwością oczekując na jego reakcję.
- Dobrze – odpowiedział, a ja odetchnąłem z ulgą. – postaram się go namówić.
Rozmawialiśmy później jeszcze trochę o tym czy dam radę wystąpić w piątek i jednogłośnie doszliśmy do wniosku, że trzeba będzie poczekać do jutrzejszego dnia i zobaczyć jak będę się czuł. Około godziny dziewiętnastej chłopcy wrócili do swoich domów, a mnie ponownie odwiedził lekarz, aby sprawdzić mój stan zdrowia. Okazało się, że wszystko wraca do normy, a mój stan jest stabilny i możemy wrócić do domu. Musiałem jednak wciąż na siebie uważać i odpoczywać. Gdy znaleźliśmy się już w mieszkaniu, poszedłem do swojego pokoju i wgramoliłem się do łóżka. Leżałem tak dobre dwadzieścia minut rozmyślając o pewnej rzeczy, która od jakiegoś czasu nie dawała mi spokoju. Jak zareagowałaby moja mama gdyby dowiedziała się, że nie jestem jak inni moi koledzy, że jestem gejem? Czy zezłościłaby się? Czy zrozumiała i wspierała? Jednego jednak byłem pewien, skoro zdecydowałem się powiedzieć o tym chłopakom to jej też powinienem. Sięgnąłem po leżący  nieopodal telefon i postanowiłem napisać smsa do Louiego.
Jak będziesz miał czas to zadzwoń. Chciałbym z Tobą porozmawiać.
Harry ;*
Odłożyłem komórkę obok siebie i zamknąłem oczy. Nie długo cieszyłem się samotnością. W jednej chwili usłyszałem kroki zmierzające ku mojemu pokojowi, a zaraz potem pukanie do drzwi.
- Proszę! – odpowiedziałem na usłyszany dźwięk. Od razu drzwi się otworzyły, a w nich stanęła mama z trzymaną w ręku miską gorącego rosołu. Podeszła do mojego łóżka i odłożyła zupę na znajdującej się obok komodzie.
- Jak się czujesz? - Spojrzała na mnie i przyłożyła swoją rękę do mojego czoła, sprawdzając czy nie mam gorączki.
- Świetnie! – skłamałem. – O wiele lepiej niż wcześniej.
- Tak? – zapytała podejrzliwie. – A nie wyglądasz…
- Nie, naprawdę… Po prostu chce mi się spać. – uśmiechnąłem się niechętnie i złapałem ją za dłoń w opiekuńczym geście. Momentalnie wybrzmiał dźwięk mojego telefonu. Automatycznie podniosłem go i sprawdziłem kto dzwoni. Był to Lou, tylko dlaczego akurat w takim momencie? Wyłączyłem dźwięk i odłożyłem go z powrotem na miejsce.
- Kto to? – zapytała ciekawska.
- Louis. – odburknąłem.
- Odbierz, może to coś ważnego? – zasugerowała wskazując na leżące obok urządzenie.
- Spokojnie, oddzwonię do niego później. – odparłem lekceważąc wciąż dzwoniącą komórkę.
- Dobrze, dobrze, już idę. – odrzekła uśmiechając się i jednocześnie rozumiejąc, że nie chcę rozmawiać w jej towarzystwie. Wstała i ruszyła w kierunku wyjścia. Gdy tylko drzwi się zamknęły rzuciłem się w stronę telefonu. Z prędkością światła nacisnąłem na zieloną słuchawkę i przyłożyłem głośnik do ucha.
- Louis!? Przepraszam Cię, że musiałeś tak długo czekać. – momentalnie zacząłem się tłumaczyć.
- Harry, jak dobrze – odetchnął z ulgą. – Już myślałem, że znowu Ci się coś stało.
- Mama tutaj był i nie chciałem przy niej z Tobą rozmawiać. – przyznałem układając się wygodnie na łóżku i przygotowując na rozmowę.


- No to spoko… więc o czym chciałeś ze mną rozmawiać? – zapytał nieco podekscytowany.
- Wiesz… no, bo od pewnego czasu zastanawiam się czy nie powinniśmy powiedzieć o nas naszym rodzicom. – wypowiedziałem nieco niepewnie czekając na reakcję chłopaka. Nastała chwila ciszy, chwila, która zdawała się wiecznością. Z niecierpliwością oczekiwałem na jakąkolwiek odpowiedź, lecz bez skutku. W słuchawce słyszałem tylko niespokojny oddech Louiego. W końcu postanowiłem przerwać irytujące już milczenie.
- Lou? Jesteś tam. – delikatnie zapytałem, a po chwili w końcu uzyskałem długo wyczekiwaną odpowiedź
- Tak… nie wiem po prostu co…. co o tym myśleć. – wyjąkał. W jego tonie dało się usłyszeć nutę strachu.
- Nie możemy dłużej oszukiwać naszych bliskich. Chłopakom już powiedzieliśmy, teraz przyszedł czas na nich. Muszą się o tym dowiedzieć. – zacząłem przekonywać go do słuszności mojego pomysłu. Równocześnie mając już dość leżenia wstałem i podszedłem do okna. 
- Owszem masz rację – zgodził się. – tylko boję się reakcji mojego ojca…
- Na pewno zrozumie. – przerwałem próbując jakoś podnieść go na duchu.
- Hazzy, nie znasz go… nie wiesz jaki jest nietolerancyjny. – odrzekł przygnębiony, a jednocześnie w jego tonie dało się wyczuć odrobinę żalu, że nie potrafię go zrozumieć. – Nie to co Twoja mama.
- Dlatego proponuję, abyśmy zrobili to jutro przy kolacji, razem powiemy im prawdę. Zobaczysz wszystko będzie dobrze, a i nam będzie się łatwiej z tym żyło. – zaproponowałem nadal upierając się przy swoim.
- Ehh. – ciężko wypuścił powietrze. – dobrze, zrobię to dla Ciebie.
- Zrobimy to dla nas. Musimy chociaż spróbować. – skwitowałem pocieszająco.
- Więc widzimy się jutro. Lecę spać, bo jestem wykończony tym ciężkim dniem. Dobranoc. – powiedział kończąc rozmowę.
- Dobrze, dobranoc i Kocham Cię. – odrzekłem na pożegnanie.
- Ja Ciebie też. – dodał jeszcze i rozłączył się. Stałem przy oknie i wpatrywałem się w oślepiający blask gwiazd. Nie wiem czy tylko mi się wydawało, ale świeciły intensywniej niż zawsze. W każdym razie rozmowa z Louim dodała mi tylko odwagi. W tym momencie byłem pewny, że nie ma już odwrotu i musimy to zrobić. Skierowałem się z powrotem w stronę łóżka i ciężko się na nie rzuciłem. Po kilku minutach zasnąłem.

(Anne)
Stałam jak wryta nie mogąc się otrząsnąć po tym co przed chwilą usłyszałam. Wiedziałam, że podsłuchiwanie tego o czym rozmawia Harry nie jest do końca fair, ale stało się… poznałam w końcu prawdę…


---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------- I oto jest! Kolejny rozdział. Ponownie przepraszam za to, że nie trzymałem się terminów, ale życie ucznia nie należy do najprostszych :/ W każdym razie przyszły święta, no i przyszedł czas na pisanie ^^ Tak jak zapowiadałem przygotowałem naprawdę długi rozdział :D Tak długi, że postanowiłem podzielić go na dwie części i nieco dawkować emocje jakie (mam nadzieję) wam dostarczam :D Z powyższego wpisu wynika, że Harry bez większego szwanku wyszedł z katastrofy jaka ostatnio go spotkała, na szczęście :) Jeżeli chodzi o kwestie związane z piątkowym występem to nie martwcie się - wszystko się odbędzie ;) Jeśli jeszcze chodzi o czas w opowiadani :D jest to troszkę dziwne, ponieważ Harry został pobity w środę i ten dzień trwał, aż do dzisiejszego rozdziału, następny czyli kolacja wielkanocna będzie działa się w czwartek i na następny dzień, w piątek chłopcy od razu mają występ.... wiem wyszło jak wyszło... bardzo chciałem napisać o świętach no i o tym jak mówią to swoim rodzicom, więc musiałem to tutaj jakoś wcisnąć, a musiałem też trzymać się tego co pisałem w poprzednich rozdziałach i tak wychodzi, że święta trwają, aż jeden dzień xD W każdym razie jeżeli jeszcze macie jakieś wątpliwości co do rozumienia fabuł to śmiało piszcie - wszystko wyjaśnię :D Co do kolejnego rozdziału to z powodu, że drugą część mam już napisaną dodam ją dokładnie w niedziele w okolicach wieczora :D I tym razem na pewno ;) 

Na koniec jeszcze chciałbym zrobić taką małą reklamę. Ostatnio założyłem nowy blog na którym pomagam w nauce. Więcej informacji na stronie Gimbusowe Nauczanie. I tradycyjnie dziękuję za wszystkie komentarze pod ostatnim rozdziałem i pragnę jeszcze więcej pod tym ;P

Pozdrawiam i całuję ;*

Bay ;*

niedziela, 6 kwietnia 2014

Rozdział 15: Sprawy się komplikują


Przechadzałem się polną dróżką podziwiając uroki widocznej już coraz dobitnej, pięknej wiosny. Kwiaty wokół mnie kwitły, a w powietrzu dawało się wyczuć przepiękny zapach młodej trawy. Szedłem tak rozmyślając o naszym przyszłym występie. Czy podołamy? Zacząłem zastanawiać się czy aby na pewno jesteśmy gotowi. Reakcja Pani Gray powinna być dla nas pewny dowodem, jednak nie mogę mieć pewności co stanie się na scenie jak przyjdzie nam zmierzyć się z całą szkołą. Muszę być dobrej myśli! Zawsze tego chciałem i jest to dla mnie szansa. Poza tym nic nie stracę, a na pewno pójdzie nam znakomicie. Zaszedłem tak daleko, że nagle znalazłem się w parku, który znajdował się naprzeciwko domu Nialla. Była piękna pogoda, więc i ludzi było tam bardzo dużo. Moją uwagę jednak przykuła pewna trzymając się za ręce para. Nie widziałem ich twarzy, ale jedna z nich wydawała mi się znajoma. Podszedłem bliżej i usiadłem na ławce naprzeciwko nich, obok wielkiego dębu. Spojrzałem w ich stronę i oniemiałem z wrażenia. Moim oczom ukazał się widok siedzących i przytulających się dwóch chłopców, a jednym z nich był – Louis. Patrzył z pożądaniem w oczy drugiemu, którego widziałem pierwszy raz na oczy. Nagle zaczęli zmniejszać dzielący ich dystans, a ich usta zetknęły się namiętnie całując. To nie mogła dziać się naprawdę! To musiała być jakaś pomyłka! Poczułem się okropnie, a przed moimi oczami ujrzałem wszystkie piękne chwile spędzone z Louim. Po chwili przestali się całować, a Lou spojrzał w moją stronę i dumnie się uśmiechnął. Poczułem dreszcz na cały ciele, a łzy same cisnęły się do oczu. Sparaliżowany padłem na kolana i głośno zacząłem krzyczeć.
- Nie!!! – Obudziłem się krzycząc przez sen. Usiadłem ciężko dysząc. Złapałem się za głowę i dopiero w tym momencie uświadomiłem sobie, że był to tylko sen. Gdy już doszedłem do siebie zorientowałem się, że ktoś namiętnie dobija się do domu nie przestając dzwonić dzwonkiem. Zbiegłem najszybciej jak tylko mogłem i z impetem otworzyłem drzwi. Nagle ujrzałem rozweseloną minę mojego chłopaka.
- Oh! Nie uwierzysz jak się cieszę, że Cię wiedzę. – wypowiedziałem stłumionym głosem rzucając mu się na szyję i mocno wtulając w koszulę.
- No, no, ile bym dał za to, abyś codziennie mnie tak witał. – odpowiedział nieco zdziwiony jednocześnie niepewnie poklepując mnie po plecach. W końcu odkleiłem się od niego.
- Ty płaczesz? Kochanie, co się stało? – dodał ocierając złe z mojego policzka. Byłem tak szczęśliwy, że go widzę i, że mój sen to tylko złudzenie… po prostu nie wytrzymałem.
- Nic się nie stało. Nie przejmuj się tym. – skłamałem uśmiechając się przez zły. – Co tutaj robisz?
- Ah, no bo nie mogłem spać, cały czas myślę o tym naszym występie i postanowiłem, że dzisiaj to ja przyjdę po Ciebie i pójdziemy razem do szkoły. – odrzekł dumny z siebie.
- To dobrze. Chcesz coś zjeść? – zapytałem, a w odpowiedzi uzyskałem szelmowski uśmiech, który już bardzo dobrze znałem. Udaliśmy się, więc do kuchni, a ja przyrządziłem coś smakowitego. Gdy skończyliśmy jeść wyszliśmy do szkoły. Na boisku jak zawsze czekali na nas nasi przyjaciele, którzy o czymś podekscytowanie rozmawiali.
- Siemka wszystkim! Co jest? – zapytałem próbując wyciągnąć więcej informacji.
- Podobno w naszym konkursie ma wystąpi Rose ze swoją grupą. – odrzekł podejrzliwie Liam.
- Co? Od kiedy ona śpiewa. – jakoś sobie nie wyobrażałem jej śpiewającej, a w każdym razie nic nie wskazywało na to, że potrafi.
- Moim zdaniem to wszystko po to, aby nam zrobić na złość. – przyznał Zayn i niewątpliwie musiałem się z tym zgodzić. Od tak nagle zaczyna śpiewać i staje do konkurencji razem z nami.
- Spokojnie, damy radę. – odpowiedział pocieszająco Louis. – Dobra muszę już lecieć, bo zaraz mam WF. – Dodał jeszcze i udał się w kierunku sali gimnastycznej rzucając mi czułe spojrzenie. Podobnie jak reszta również poszedłem w stronę klasy, w której czekała mnie sztuka z moją ulubioną Panią Gray co niewątpliwie poprawiało mi humor. Podczas lekcji cały czas spoglądała w moją stronę ukrycie się uśmiechając i zaczęła mnie faworyzować. Nie ukrywam, że podobało mi się to, lecz w pewnych momentach irytowało widząc podejrzliwy wzrok moich kolegów z klasy na sobie. W połowie lekcji przeszliśmy do auli gdzie przyszło nam zdawać szlifowany od dobrego miesiąca hymn Wielkiej Brytanii. Oceny wyglądały dość podobnie – każdy po kolei dostawał piątkę, aż padło na mnie. Śpiewałem jako jeden z ostatnich, ale za to jak to powiedziała Pani Gray – wyśpiewałem bezbłędnie wszystkie dźwięki idealnie w nie trafiając oraz ukazałem prawdziwy, patriotyczny przekaz God Save the Queen. W rezultacie dostałem ocenę celującą co sprawiło, że nasza klasowa artystka – Carrie Jons – dosłownie pożerała mnie wzrokiem z zazdrości.


Gdy wybrzmiał dzwonek informujący o końcu lekcji wybiegłem z klasy na boisko, aby spotkać się ponownie z moim chłopakiem i opowiedzieć mu o tym co ciekawego mnie spotkało. Postanowiłem jedna, że skoczę jeszcze do ubikacji, aby załatwić swoje potrzeby. Po wyjściu z kabiny stanąłem przy umywalce i zacząłem myć ręce. Nagle ujrzałem coś czego nigdy w życiu bym się nie spodziewał. Zza ściany wyszła Rose ze swoim nowym, napakowanym kolegą. Znałem go z widzenia, ale nigdy nie przypuszczałem, że może zacząć zadawać się z moją byłą. Stałem jak wryty tępo się w nich wpatrując. Kompletnie odebrało mi mowę. Dziewczyna trzymając swojego kolegę za rękę patrzyła na mnie przebiegle.
- No proszę, kto to tu do nas wpadł? – zapytała ironicznie uśmiechają się przy tym złowieszczo.
- Roo...Roes? – wyjąkałem. – Co Ty tu robisz?
- Jak to co? – zaśmiała się chłodno. – Przyszłam Cię odwiedzić.
- O ile dobrze pamiętam to jest męska ubikacja. – słusznie zauważyłem, lecz po chwili zorientowałem się, że niepotrzebnie ją prowokuję. Aidan – z tego co pamiętam tak właśnie miał na imię – patrzył na mnie takim wzrokiem jakby za chwilę miał mnie zabić jednocześnie zauważyłem w jego oczach pogardę.
 - Może i jest, ale czego się nie robi, żeby po raz kolejny zobaczyć swojego byłego chłopaka. – zaczęła mówić spokojnym, opanowanym tonem cały czas wpatrując się we mnie.
- Po rozstaniu z Tobą musiałam dojść do siebie. Zmusiłeś mnie do wyjazdu, ale teraz powróciłam. – uśmiechnęła się. – Wróciłam z nowymi siłami i nowym chłopakiem. – odwróciła się w jego stronę, stanęła na placach i pocałowała go w policzek.
- W każdym razie, razem z moimi nowymi przyjaciółkami postanowiłyśmy wziąć udział w konkursie zespołów. – W tym momencie puściła potężnego kolegę i zaczęła krążyć wokół mnie.
- Wczoraj orientacyjnie spojrzałam na listę uczestników i zauważyłam, że jakimś cudem doszła jeszcze jedna grupa – Twoja! – stanęła teraz za mną, a ja automatycznie odwróciłem się w jej stronę wciąż mając za sobą jej chłopaka.
- Nie wiem czy to uczciwe wykorzystywać znajomości do tego, żeby wziąć udział w konkursie… - ściszyła głos nadając mu zasmucony ton. – Według mnie to oszustwo…
- Wcale nie! – odrzekłem oburzony w końcu przełamując milczenie. – Zapisaliśmy się tak jak wszyscy tylko mieliśmy małe problemy z terminem.
- Dobrze, nie obchodzą mnie Twoje wymówki. – odpowiedziała teraz już zdenerwowana. – Mam propozycję: albo wycofacie się z konkursu i zapominamy o całej sprawie, albo jutro podczas lunchu wszyscy dowiedzą się o Tobie i Lousie. – w tym momencie moje zdziwienie sięgnęło szczytu. To było niemożliwe! Co za świństwo!
- Chyba sobie żartujesz! Jesteś okropna! Jak możesz w ogóle tak robić!? – zacząłem krzyczeć i wymachiwać ręką wskazując na Rose.
- Tak… zobacz jak ja się czułam kiedy mnie zostawiłeś! Myślisz, że było mi łatwo!? Nie! Dlatego nie pozostawiasz mi żadnego wyboru. – odparła równie poruszona co ja.
- Przyznaj, boisz się, że możemy wygrać! – było mi już wszystko jedno, chciałem żeby w końcu podała prawdziwy powód dla którego mnie szantażuje.
- Wcale nie. – odrzekła uspokajając głos. – ale jak chcesz… Aidan, kochanie zajmij się nim. – dodała spoglądając w stronę chłopaka i wyszła z ubikacji. Poczułem na plecach zimny oddech chłopaka stojącego za mną.
- Teraz musisz odkupić swoje wszystkie winy. – usłyszałem zza swoich pleców i popełniając błąd odwróciłem się. Ujrzałem tylko pięść przed swoją twarzą, a następie padłem na ziemię mocno uderzając głową o podłogę.


(Louis)
Stałem na boisku i czekałem na Harrego, który już od dziesięciu minut nie przychodził. Co się z nim mogło stać? Przecież to dopiero pierwsza lekcja, więc nie mógł pójść do domu, a jeszcze dobrze pamiętałem, że mieliśmy spotkać się w tym miejscu. Nieco przejęty zacząłem nerwowo krążyć wokół szkoły. W pewnej chwili miałem już tego dość i poszedłem do budynku szkoły. Miałem nadzieję, że tam go znajdę. Błądziłem po korytarzach rozglądając się na wszystkie strony. W końcu poszedłem do klasy Pani Gray, gdzie Hazzy miał poprzednią lekcję. Na szczęście nauczycielka była jeszcze w środku odkładając instrumenty na swoje miejsce.
- Dzień dobry! – zawołałem powodując, że kobieta oderwała się od wykonywanej właśnie czynności.
- Oh, Loui! Dzień dobry – przywitała mnie promiennym uśmiechem.
- Czy nie widziała Pani może Harrego? Nigdzie nie mogę go znaleźć. – zapytałem zasmucony.
- Miałam właśnie z nim lekcje. Wyszedł z klasy jakieś piętnaście minut temu. Od tego czasu już go nie wiedziałam. – opowiedziała nijak mi nie pomagając. – A dlaczego pytasz? Stało się coś?
- Nie, nic się nie stało… po prostu nigdzie nie mogę go znaleźć. – dodałem zrezygnowany.
- Nie martw się. – spojrzała mi w oczy jakby przeczuwała, że jest dla mnie kimś więcej niż tylko kolegą. – Na pewno się znajdzie.
- Dziękuję, ale muszę już iść. Do zobaczenia. – odrzekłem i udałem się w stronę wyjścia. Przechadzałem się smutny po korytarzu nadal nie mogąc znaleźć mojego Hazziego. Przez głowię przelatywało mi tysiące myśli o najgorszym charakterze. Jeszcze chwila i dosłownie bym zwariował. Gdy przechodziłem koło męskiej ubikacji zauważyłem coś dziwnego. Ze szczeliny między drzwiami, a podłogą wypływała mała stróżka krwi. Natychmiast otworzyłem drzwi od łazienki, a widok który ukazał się moim oczom kompletnie mnie sparaliżował. Na ziemi w kałuży czerwonej cieczy leżał mój biedny chłopak. Padłem na kolana obok niego i dotknąłem jego ręki. Jego ciało było nadal ciepłe. Czułem jak moje oczy robią się szklane, a pierwsze łzy spływają po moich policzkach. Kto mógł mu to zrobić? Co za bestia!? Przyłożyłem swoje dwa palce do jego tętnicy szyjnej, aby sprawdzić czy nadal ma puls. Na szczęście wyczułem go, ale przerażała mnie ogromna plama krwi, co mogło świadczyć o tym, że strasznie szybko się wykrwawia. W końcu wziąłem się w garść i wybiegłem z pomieszczenia głośno nawołując pomocy. Na odpowiedź nie trzeba było długo czekać. Nagle zleciało się paru nauczycieli oraz mnóstwo uczniów. Jeden z wychowawców natychmiast zadzwonił na pogotowie, a inny zaczął opatrywać ciało poszkodowanego chłopca. Po kilku minutach przyjechało pogotowie i zabrało Harrego do szpitala. Roztrzęsiony usiadłem w kącie, zakryłem twarz rękoma i zacząłem płakać czując jak mój świat się zawala.


--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------- Po dość długiej przerwie w końcu długo wyczekiwany przez was rozdział. Mam nadzieję, że ktoś tutaj jeszcze zagląda, jeżeli tak to proszę bardzo. Tak jak chcieliście w tym oto rozdziale mamy sporo zwrotów akcji. Szczerz mogę przyznać, że było to najbardziej przerażający rozdział jak dotychczas - w takim sensie, że prawie w każdej scenie jeden z bohaterów doświadcza czegoś drastycznego. Mam nadzieję, że udało mi się was chociaż w małym stopniu poruszyć i że nie zawiodłem. Dowiedzieliście się więc, że powróciła Rose i niestety skomplikowała sprawy. Jej nowy "chłopak" spowodował ciężkie uszczerbki na zdrowiu Hazzy. Czy przeżyje? Czy dojdzie do siebie? Czy da radę wystąpić na piątkowym starciu zespołów?  A co będzie z Louim? Tego nikt nie wiem. Przekonacie się w przyszłym rozdziale, który jak tylko czas pozwoli postaram się napisać na kolejny weekend. Zbliżają się święta, majówka to i czasu będzie trochę więcej, więc wtedy powróci regularność :D Chciałbym jeszcze poinformować osoby śledzące mojego aska, że moja praca przez którą nie mogłem napisać wcześniej rozdziału została już oddana i czeka na sprawdzenie, a do końca tygodnia ją oddaję ^^ W każdym razie chciałbym podziękować wszystkim osobą, które podzieliły się swoją opinią o poprzednim rozdziale pod nim w postaci komentarza i zachęcam do komentowania tego, bo wciąż mi mało :D
Pozdrawiam
Bay ;*